Wstałwszy, wykompałwszy się, ubrałwszy się wyszedłem z domostwa. Schody – odkryłem że najłatwiej z nich schodzić przodem, bowiem tyłem lub bokiem jest strasznie niewygodnie. Bez większego trudu poradziłem sobie z nimi a chwilę później byłem już na uczelni. Chemia – płyny, proszki, wzorki, pipety, probówki, smród. Nie zrobiłem sobie krzywdy. Matematyka – cyferki, wzorki, zeszyt w kratkę, linijka, pierdoły, dodawanie. Przeżyłem. Później trzeba było iść na ekonomię i filozofię, wypisałem długopis, a mimo tego nie udało mi się zakolorować całej kartki. Nie było siępodobająco. Odleżyny na tyłku, dupie i lewym pośladku. Prędko do domku. Znów schody, tym razem należało się po nich wspiąć, tu sprawa się trochę komplikuje… tak jak przy schodzeniu, należy ustawić się przodem do przeszkody, mocno i oburącz chwycić poręcz i najzwyczajniej w świecie pokonywać jeden stopień za drugim. W związku z tym że nogi trzeba podnosić, nieunikniony jest ból w łydkach, kostkach, kolanach, piętach i małym stopowym palcu. Znów dom. Zmęczony nieludzko, z fają w łapkach spocząłem na fotelu i płodziłem brzoskwiniowe dymowe kółka. Zostałem ojcem wielu okrążków. Szare, niekształtne, ciepłe, lekutkie i krótko żywotne. Matka – fajka, ojciec – ja, ciekawe po kim to odziedziczyły… Maltretując się muzyką do końca środy w pokojowych warunkach spoczywał będę. Lubię wszystkie środy w tym tygodniu. Było w chuj nudno. Koniec.